Porcję wstydu proszę
Co to jest wstyd? I czy to wstyd się wstydzić? Czy jego brak ułatwia nam, czy utrudnia osiągnięcie celu? Czy nasze współczesne pojmowanie wstydu nie mija się z jego pierwotnym znaczeniem? I jak może się on okazać pomocny w trudnych życiowych sytuacjach?
Pojęcie wstydu zwykło się ostatnio pojawiać wyłącznie w ramach dyskusji na temat wąsko pojętej seksualności: epatujące seksem filmy, reklamy, nagość i skąpe stroje, (fry)wolny seks, libacje itd. To popularne skojarzenie pojęcia wstydu z taką tematyką strasznie zubaża jego sens. Popularne krytyczne artykuły pod hasłem: „Zbyt wiele seksu w filmach i reklamie” nie znajdują tak naprawdę oddźwięku. Moim celem jest pokazanie sytuacji bardziej pierwotnych, gdzie pojęcie wstydu odgrywa autentycznie kluczową rolę. Pretekstem niech będą juwenalia...
Przebieramy się za smerfy i toczymy uczone debaty...
...śmieje się do mnie moja Smerfetka, kiedy wczesnym rankiem 14-tego maja przebieramy się na uliczny, juwenaliowy karnawał. O czym rozmawiamy? O tym, że za jakąś godzinę, przebrani za niebieskie stworki będziemy pukać ludziom w szyby samochodów na pobliskim skrzyżowaniu i prosić o drobny datek. Żeby mnie tylko nikt znajomy nie zobaczył – mówi Asia. Nie jest do końca przekonana, to jej pierwszy raz... Asiul – mówię – to przecież żaden wstyd, to fajna zabawa, show. Czy na pewno? To już trzecia taka moja akcja, można powiedzieć, że jestem już otrzaskany. Niezupełnie – po półtorej godziny paradowania z szerokim uśmiechem między autami i zaczepiania kierowców będę zmęczony jakbym przerzucił tonę węgla i ani będę myślał o tym, żeby coś podobnego powtórzyć wcześniej niż za rok. Czemu tak?
Nasza uczona, tego ranka, debata traktuje o wstydzie. Zanim wyjdziemy na drogę, musimy, każdy sobie, odpowiedzieć na szereg pytań: Czy nie jesteśmy śmieszni albo czy nie nachalni, może jednak bezczelni, a w końcu, czy się nie narzucamy i czy to, co robimy nie jest zwykłym żebractwem? Może lepiej dajmy spokój, może zostańmy w domu, wyśpijmy się dobrze? Może po prostu zrezygnujmy z akcji, nie angażujmy się nadto, nie bawmy na całego. Wybierzmy coś bezpieczniejszego, zwykłego, pospolitszego. To już lepiej nie róbmy nic. Tak więc nuda, bierność, tchórzostwo – nie tak miało wyglądać... Jezu, czy to musi być takie złożone?
Jak się odnaleźć w podobnych sytuacjach? No, można się nie przejmować prawda? Można iść prosto do celu bez zbędnego namysłu... Widziałem ludzi naprawdę słabo przebranych – w szlafrok albo dres dajmy na to. Byli raczej niemrawi, zrezygnowani, jakby ich tu przy drodze zostawił jakiś juwenaliowy alfons i kazał prosić ludzi o drobne. Nie brzmi fajnie co? Mnie byłoby wstyd. No, ale myśmy się trochę nad tym naszym wdziankiem napracowali. Był pomysł, było zaangażowanie, no i był efekt – ludziom się podobało, więc i nam szło jakoś tak lekko. Kurczę, w sumie to chodzi o efekt, no nie? Mówiąc brutalnie, liczy się to, ile kasy udało nam się zebrać...
Dwa lata temu spotkałem taką naprawdę „odważną” dziewoję. Aż miło było patrzeć, jak w niedbale narzuconym kitlu wbiega przebojem wprost pod koła aut, jak sprawia, że hamują z piskiem opon. Darła się tak bez kompleksów tuż nad uchem: „Grooosik dla studeeeenta” i raz po raz przebojem zgarniała mi „klientów” sprzed nosa. Kurczę, przebojowa laska, musiała zgarnąć niezłą sumkę. Dziś wykłada pewnie asertywność na jakiejś zacnej akademii – respect!
Serio? Wszyscy byli wściekli. Kierowcy trąbili i stukali się w czoło, inni dawali jej coś na odczepne. Ja, o ile pamiętam, miałem jej do powiedzenia kilka słów na temat wstydu, ale niespecjalnie udało nam się nawiązać kontakt wzrokowy. Zamiast tego patrzyłem wściekły w jej pielęgniarski tyłek, który raz po raz wypinała mi przed nosem. Oj, należał jej się klaps, ale wyzwałaby mnie pewnie od... Zresztą nieważne.
W każdym razie, staraliśmy się być z Asią delikatniejsi niż owa dziewoja – nikt na nas nie trąbił, dla każdego, płacił czy nie, mieliśmy uśmiech, „tekścik”, pozdrowienie, nawet tych z karteczką „DO NOT DISTURB” staraliśmy się traktować ulgowo. Straciliśmy na tym? Nic podobnego, swoje uzbieraliśmy. Co niektórzy sami zatrzymywali auta, by nam coś rzucić za fajny show. No i zachowaliśmy twarz...
Szukanie wstydu wszędzie tam, gdzie nie trzeba...
No dobra, ale może w tym miejscu ktoś będzie rozczarowany: Artykuł miał być przecież o wstydzie, a tymczasem autor tu sobie sentymentalnie dzienniczek prowadzi o tym, czego on tam z dziewczyną nie robił w juwenalia... Żeby chociaż sprawa dotyczyła jakiejś rzeczywistości intymnej. Gdzie się podziało oburzenie skąpym ubiorem studentek, pochwała czystości przedmałżeńskiej, napiętnowanie rozwiązłego życia akademików czy choćby protest przeciwko epatującej seksem reklamie w przestrzeni miejskiej? Powoli. Czytelnikowi należą się wyjaśnienia.
Pomimo, że wszystkie powyższe problemy w oczywisty sposób o temat wstydu zahaczają, to nie zajmą mnie tu, z kilku co najmniej powodów. Po pierwsze, nie mieszkam w akademiku. Po drugie, podobnie, jak większość mieszkańców miast, nie zwracam zbytnio uwagi na poszczególne reklamy – jest ich zwyczajnie zbyt wiele, są zbyt ordynarne i pospolite, by się na nich skupiać. Podobnie rzecz się ma zresztą z dziewczynami od krótkiej spódnicy i głębokiego dekoltu.
Najogólniej chcę pojęcie wstydu odwiązać od napompowanej, napiętnowującej, oskarżycielskiej retoryki. Zostawmy to politykom – język taki nikomu, tak naprawdę, nie służy, może za wyjątkiem tych, co walczą o władzę. Zerwijmy z tego typu dyskursem, obrzydł nam już wystarczająco. Chcę powiedzieć o wstydzie, jak o czymś współcześnie zapomnianym: wstyd nie jest narzędziem oskarżania i ośmieszania, nie jest narzędziem politycznej walki. Wstyd jest najbardziej osobistym, moralnym uposażeniem nawigacyjnym na sytuacje trudne, niejednoznaczne, zagmatwane.
Jedną z takich przedstawiłem powyżej. Nie szukałem daleko – gdzieś w problemach wielkich miast albo w zachowaniu współczesnej młodzieży w Polsce – pisałem o moim wstydzie, o tym, jak mi posłużył, jaki miałem z niego użytek w niecodziennej sytuacji. Opowiedziałem, jak mi wtedy pozwolił zachować twarz, bądź co bądź, niebieską. Dam inny przykład, bardziej powszechny tym razem. Chodzi o bieżącą kwestię migracji zarobkowych czy, mniej górnolotnie, wariacji na temat zmywaka. Kto się w wakacje wybiera dorobić gdzieś na Wyspy czy do Skandynawii albo się choćby nosi z takim zamiarem, niech teraz słucha uważnie. Jeśli się na podróż nie wyposażysz we wstyd, nie wyszlifujesz go sobie dobrze i nie wyostrzysz, zrobią z Ciebie szmatę i popychadło, rozumiemy się? Wrócisz pewnie z portfelem wypchanym dość, by zajechać na imprezę furą, błysnąć myślowym skrótem, drogim drinem i błyszczącym golfem. Ale to będzie wszystko – w oczy ludziom nie spojrzysz, chyba że zza okularów.
Zachwianie moralnego błędnika
Ze wstydem jest jak z równowagą – przydaje się tym bardziej, im cieńszy jest grunt, po którym stąpasz. Tam, gdzie wiele możesz zyskać i jeszcze więcej stracić; tam, gdzie przejście jest czymś wyjątkowym, spektakularnym, a upadek czymś dotkliwym i śmiesznym – wstydź się. Zachowaj tę zasadę, a ocalisz wdzięk dziewczyny, która kiedyś sprawiła, że zmiękły pod Tobą kolana. Szanuj swój wstyd, a nabierzesz gracji, co, jak taniec nad przepaścią, zapiera dech w piersiach. Uśmiechasz się ironicznie? No to jedź, szlifuj angielski...


hej Redakcjo, Drodzy Czytelnicy!
W trzecim akapicie pierwszego rozdziału wyszło nam drobne nieporozumienie. Końcówkę "Kurczę, w sumie to chodzi o efekt, no nie? Mówiąc brutalnie, liczy się to, ile kasy udało nam się zebrać..." zredagowano tak, że wygląda na podsumowujacą akapit tezę podczas gdy w moim zamyśle miało stanowić otwierającą nowy akapit prowokacje...
Drogi autorze pracy pt. "Porcję wstydu proszę"
Generalnie całość artykułu potraktowałbym jako taki wstęp 'z grubej rury', kolokwialnie to ujmując, bo dobrze to ujmuje wstyd od trony negatywnej, tzn. pokazuje kulturę bezwstydu, co jednocześnie wskazuje na wartość wstydu jako takiego. Nie jest trafny przykład o zmywaku. Nie pasuje on do tytułu całości pracy, to tak jakby przejść od łopaty do pianina;) jedno i drugie mija się z celem, bo i łopata ma inną naturę użycia i pianino również - trudno o element wspólny dnia nich (nie chodzi mi o samo używanie przedmiotu). Tak samo praca na zmywaku - praca jako praca jest wartościowa (zależnie od tego w jakim celu ktoś wyjechał poza kraj) i nie obrazuje tutaj znaczenia wstydu. Cały artykuł niby dotyczy wstydu, a nie ma jego istotnego rozwinięcia. Jak z grubej rury się zaczęło, to i warto entuzjazm podtrzymać, a tu o samym wstydzie ledwo na końcu powiedziane. Warto więc przemyśleć czym jest sam wstyd, po co jest. Cóż to za fenomen wstydu, który w ludzkiej naturze się objawia... totalnie pominięta została jakość wstydu jako takiego. Skoro już zaczyna się coś robić, to warto w danej tematyce zgłębić znaczenie pojęcia, nakreślenia odpowiedniej konotacji, a jeśli ich wiele to choć je zasygnalizować. Istnieje w dzisiejszej kulturze olbrzymie zagrożenie niedostrzegania prawdziwej istoty i wartości wstydu i innych pojęć bliskich naturze człowieka, a przyczyn tego jest wiele, chociażby źle rozwinięta samoświadomość (samostanowienie o sobie), gdzie wstyd traktuje się jako kolejny powszechnik uczuciowy itp. Nie mam zamiaru tutaj opisywać znaczenia wstydu, ale uważam, że owe odniesienie się do wstydu to poważny problem na ścieżkach współczesności i nie ma sensu lakonicznie go sygnalizować w jakiejś wypowiedzi ogólnej i dostępnej wszystkim (wartość dostępności czegoś w internecie jednocześnie wskazuje na pewien wymóg), bo sam wstyd traci po prostu na znaczeniu. Polecam więc autorowi powyższego artykułu pozycję pt. O wstydzie i poczuciu wstydu" Maxa Schelera i myśli Karola Wojtyły (antropologia adekwatna), bo wówczas mając odpowiednią bazę dla myśli - myśli się nad sensem wstydu (intersubiektywnie), co pozwoli wydobyć konsekwencje 'zabijania' poczucia wstydu, czego tendencje dziś widać.
pozdrawiam
Dodaj nową odpowiedź