Dlaczego ludzie chodzą w góry
Co roku o tej porze zadaję sobie pytanie: dlaczego ludzie chodzą w góry…? I co roku nie znajduję na nie wyczerpującej odpowiedzi… Ale co roku pakuję plecak i ruszam w te niezwykłe miejsca, by choć przez kilka chwil obcować z kryjącą się na górskich szczytach tajemnicą…
Tak było i w tym roku, kiedy to wieczorem 26. grudnia nasza duszpasterska ekipa wyruszyła w 12-godzinną podróż do Zakopanego. Oczywiście nie obeszło się bez tradycyjnych już zgrzytów podczas kupowania biletu grupowego, ale zapiszmy to na karb poirytowania pań kasjerek, które musiały pracować w święta i spuśćmy na ten fakt zasłonę milczenia. I tylko przez reporterską dokładność wspomnę jeszcze o nieogrzewanym wagonie i rodzinie z małymi dziećmi, której przyszło w nim podróżować, a którą przygarnęliśmy do „naszych” ogrzewanych przedziałów, w zamian za co usłyszeliśmy …narzekania konduktora. No cóż-widać świąteczna atmosfera nie wszystkim się udzieliła. Ale i to nie było nam w stanie popsuć humorów.
Noc w pociągu minęła na poznawaniu się, planowaniu tras górskich wędrówek, rozgrywkach w karty i w inne gry, które na stałe weszły do kanonu duszpasterskich wyjazdów, choć i nowości w tej dziedzinie nie zabrakło:) Dopiero nad ranem niektórych zmorzył sen. Za to widok, który ukazał się ich oczom po przebudzeniu, wynagrodził wszelkie niedogodności podróży. Za oknami rozpościerały się skąpane w słońcu górskie szczyty spowite białym puchem, którego tak brakowało podczas tegorocznych świąt na nizinach. Jednak, żeby nie było tak cukierkowo, wspomnę o naszych odwykłych od górskich temperatur nosach, które nieco kontrastowały swą czerwoną barwą z bielą otoczenia. I tak to, co w (jakby nie było ogrzewanym) pociągu mogliśmy tylko przeczuwać, siłując się z zamarzniętymi oknami, stało się faktem - Tatry powitały nas prawdziwie zimową aurą.
Było trochę po 7 rano, gdy wygramoliliśmy się z zamarzającego pociągu i podążyliśmy w kierunku przystanku, by zaczekać na kursowego busa, który miał nas zawieźć do pobliskiego Dzianisza, gdzie w gościnie u państwa Marii i Józefa Gruszków mieliśmy spędzić najbliższe dni. Ale jako kilkunastoosobowa grupa okazaliśmy się łakomym kąskiem dla przedsiębiorczych górali, którzy natychmiast zaproponowali prywatny transport, żądając takiej ceny, która obudziłaby nawet tatrzańskiego niedźwiedzia z zimowego snu. Ale to, co cepry lubią najbardziej, to targowanie się ze sprytnymi góralami, którzy i tak na swoje wyjdą, do czego otwarcie się przyznają mówiąc: nie mortwcie się, my wos z pełniuckim portfelem do domu nie puścim! Ha! Widać jeszcze nie mieli do czynienia z naszym skarbnikiem ze słynącej z gospodarności Pyrlandii rodem! (choć niektórzy wolą zwać ten przymiot Wielkopolan skąpstwem:)
Tak więc po wynegocjowaniu możliwej do zaakceptowania ceny większość z naszej 18 osobowej grupy ruszyła w stronę Dzianisza i tylko zaopatrzeniowcy pozostali na służbie czyniąc swoją powinność w pobliskim markecie.
Jako, że pogoda tego dnia była nadzwyczaj piękna, żal było zostawać w domu (choćby było nim śliczna, drewniana chata góralska). Dlatego zaraz po zakwaterowaniu się i skonsumowaniu śniadania pod tytułem wspomnienie świąt, ruszyliśmy (jeszcze dziarskim krokiem) na Gubałówkę, by stamtąd zejść szlakiem wzdłuż nartostrady do Zakopanego a następnie odwiedzić przemiłą znajomą panią Marię na Antałówce.
Pokonanie takiego dystansu wystarczyło na początek większości z nas, choć znaleźli się i tacy (sztuk 1 ;-) którzy czuli jeszcze niedosyt i postanowili również drogę powrotną pokonać pieszo. Zresztą nie po raz ostatni podczas tego wyjazdu … Ale po kolei.
W środę dołączyła do nas grupa z zaprzyjaźnionego duszpasterstwa z Gdyni i ostatni turyści z naszego Piernikowa. Niestety, niektórzy musieli nas opuścić-no cóż, samo życie…
Podczas gdy nowoprzybyli zajmowali ostatnie wolne łóżka, zaaklimatyzowana już grupa Toruńska ruszyła na Ścieżkę nad Reglami, by dojść do malowniczej Doliny Strążyskiej i tam rozdzielić się (według kryterium stopnia przemoczenia odzienia) na grupę udającą się prosto do Zakopanego i na nadkładających drogi przez Dolinę Białego.
Można by długo pisać o tamtym dniu – o przecieraniu zasypanego szlaku; o pani Irenie Szewińskiej napotkanej na szlaku; o debatach na szczycie na temat koloru znaku namalowanego na drzewie na tyle dawno, że odgadnięcie jego barwy nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać; o artystycznej fotografii, której obiektem miały być nasze skromne osoby ułożone w głębokim śniegu na kształt nazwy grodu Kopernika, a której nie dostrzeże oko najuważniejszego czytelnika, bowiem nie doszła do skutku, mimo zapewnień jej niedoszłego autora. Ale cośmy se w śnigu polezeli to nase, hej! (To tak, żeby zachować góralski klimat;-)
Po doświadczeniach tego dnia niejeden wspomógł lokalną gospodarkę zaopatrując się w nieprzemakalne wdzianka na słynnym zakopiańskim bazarze.
Z braku daru bilokacji nie mogę zdać dokładnej relacji z tego, co w owym czasie działo się na stoku, gdzie szaleli niestrudzeni wielbiciele nart i snowboardu. Niech przemówią zdjęcia:)
W czwartek było nas już dwukrotnie więcej, niż pierwszego dnia, więc trzeba było podzielić się na mniejsze grupy.
Większość postanowiła wyruszyć na Murowaniec, ale byli też zdobywcy innych szczytów, pasjonaci desek różnej maści, ilości i rozmiaru, no i oczywiście dzielni zaopatrzeniowcy- bo ktoś musi pracować, by… nie pracować mógł ktoś:)
Pogoda dopisywała, Murowaniec został szybko zdobyty, więc po przegrupowaniu w schronisku część postanowiła wracać tą samą drogą, nie oszczędzając jabłek (dla niewtajemniczonych-to taki sprytny wynalazek do szybkiego pokonywania odległości po równi pochyłej, dający wiele radości zarówno użytkownikom, jak i usuwającym się z drogi obserwatorom-patrz zdjęcie). Zaś spragnieni nowych wrażeń ruszyli na podbój Kasprowego Wierchu. Jako że zaliczałam się do tych ostatnich, relacja obejmie tylko tę wędrówkę, pozostawiając zdjęciom opowieść o pozostałych sposobach na dotarcie do Zakopanego.
Droga nie było długa, ale wyczerpująca. Na początku wystarczyło dokonać wyboru między brodzeniem niczym bocian w głębokim śniegu, krocząc po wbitych głęboko śladach poprzedników, a chodzeniem po powierzchni śnieżnej pokrywy, zapadającej się niemal pod każdym stąpnięciem tak, że miało się wrażenie chodzenia po ruchomych piaskach.
Jednak najwięcej emocji dostarczył koniec trasy, kiedy trzeba było wspinać się po stromym, oblodzonym zboczu, bez możliwości chwycenia się czegokolwiek. Nawet najwytrwalsi przyznawali, że było ciężko. Ale za to trudno opisać słowami radość, która nas ogarnęła, gdy już zdobyliśmy szczyt!
Na szczęście drogę w dół mięliśmy pokonać kolejką – choć nie wszyscy chcieli się zgodzić na tak mało ekstremalny środek lokomocji, ale po długich negocjacjach zwyciężył rozsądek i zapadła męska decyzja o rezygnacji ze schodzenia pieszo. Dzięki!
Myślę, że w tym miejscu warto wspomnieć o tym, co działo po naszych powrotach z całodziennych wojaży. Otóż co wieczór, dzięki naszemu niestrudzonemu szefowi kuchni, mogliśmy delektować się pyszną, rozgrzewającą zupą, nie wspominając o innych frykasach (kto głodny, niech lepiej nie czyta:) : plackach z jabłkami, bigosie, kurczaku, czy kluskach ziemniaczanych z buncem.
Piątek minął pod hasłem: dla każdego coś dobrego. Jedni pokonywali Dolinę Chochołowska, inni po pokonaniu Przełęczy Iwaniackiej mięli zamiar zdobyć Ornak, jeszcze inni wybrali się na Nosal, a wierni fani desek nie zdradzili stoku.
Wieczorem , jak każdego dnia, zebraliśmy się na Eucharystii, dziękując Chrystusowi za nasz pobyt, za naszych dobroczyńców i prosząc o bezpieczne powroty z górskich wypraw.
Sobota dla większości z nas zaczęła się późno – trzeba było odespać przed całonocną zabawą. O 15 tradycyjnie spotkaliśmy się w Zakopanem Na Górce u Jezuitów na Mszy dziękczynnej za cały miniony rok. Później zostaliśmy poczęstowani równie tradycyjnym bigosem i wróciliśmy do Dzianisza, by przygotować się do zabawy Sylwestrowej. Już na miejscu rozgorzała bitwa śnieżna i nie obeszło się bez strat w ludziach. Bilans to jeden złamany nos i trochę strachu. Na szczęście po udzieleniu pomocy medycznej poszkodowana mogła wrócić do zabawy (pozostając pod czujnym okiem studentów medycyny z Gdyni).
A potem już tylko tańce, hulanki, swawole;-) Najwytrwalsi bawili się do rana. A było co świętować, bo prócz powitania Nowego Roku mieliśmy jeszcze dostojnego jubilata (dla ułatwienia podpowiem, że w prezencie otrzymał nietypową czapkę:) i świeżo zaręczonych narzeczonych.
I ja tam byłam, toast wypiłam, pieczyste z grilla jadłam i dobrze się bawiłam. A co widziałam, to przedstawiłam.
A później już proza życia – pakowanie, sprzątanie, pożegnania…
Ostatni bałwan na dworcu, potem tylko organizowanie miejsc siedzących w pociągu (oj, trzeba było iście Napoleońskiej strategii)i znów 12 godzin jazdy. Tylko proporcje gier i snu nieco się zmieniły – czyżby zmęczenie dało się we znaki? Zwał jak zwał, niektórzy przespaliby stację Toruń, gdyby nie obudziło ich nieśmiało i sennie odśpiewany sto lat dla kolejnej jubilatki.
Za drzwiami przedziału była już codzienność – śpieszący do pracy ludzie, droższe bilety MZK, służby POM porywające się z małymi szpadelkami na zaspy śniegu niczym z motyką na Słońce, panie sprzątające w akademiku, poszukujące podłogi pod górą śmieci i proszku gaśnicowego – pozostałościach po pomysłowych studentach świętujących Sylwestra…
Ktoś mądry powiedział, że Bóg jest w górach taki sam, tylko człowiek staje się inny.
I to chyba prawda. Góry budzą w człowieku coś pięknego. Tam potrafimy żyć dla drugiego człowieka, cieszyć się na widok nieznajomego spotkanego na szlaku, a na kubek ciepłej herbaty reagować z radością dziecka…
Więc dlaczego ludzie chodzą w góry? Może właśnie dlatego. Nie wiem. Ale jeśli ta niewiedza pozwala mi budzić w sobie to piękno, chcę w niej trwać jak najdłużej…

Polacy pobili w tym roku rekord w weekendowej turystyce górskiej. W sobotę i w niedzielę chcą wejść na Giewont, zobaczyć Morskie Oko i Dolinę Pięciu Stawów, a po wszystkim zaliczyć jeszcze Krupówki. Efekt jest taki, że do Tatrzańskiego Parku Narodowego wchodzi dziennie trzy razy więcej osób niż powinno Najgorzej było w piątek 14 sierpnia.
642-642 exam | 640-801 exam | 352-001 exam
w gorach jest wspaniałe powietrze, przyroda, oddaje sie tam refleksji, kocham gory
Dodaj nową odpowiedź