700 kilometrów w pedałach
...No dobra - nie autor tej relacji liczył, ponieważ licznika nie posiada. Wierzy na słowo, a to znaczy, że popełnia pierwszy błąd na drodze do bycia poprawnym współczesnym badaczem. Co więcej, liczbę powyższą podaje w przybliżeniu (do czego teraz się przyznając, popełnia grzech kardynalny rzetelnego publicysty), czyli wzbudza podejrzliwość. Załóżmy ponadto, że ta relacja będzie przesadnie zdyscyplinowana, nie trzymająca w napięciu i obojętna emocjonalnie – czyli dokładnie przeciwna wymogom porządnie sporządzonego reportażu. Czy bardziej narazi się Czytelnikom, czy też samemu rajdowemu przedsięwzięciu? A może w ogóle nikomu, ponieważ coś tak nie kwalifikującego się do zakresu konwencji ani nawet braku konwencji, nie podlega kontrowersjom?...To naprawdę mało ważne dla kogoś, komu przez czas jakiś było dane stale iść (pardon, jechać) pod wiatr.
Wietrzysko jest przywilejem terenów nadmorskich, a takie właśnie przemierzyła w dniach 20-30 lipca 2005 wdzięczna grupka toruńskich studentów w liczbie czternastu (Agnieszka (x4), Asia, Brydzia, Danka, Jarek, Justyna, Kasia, Klaudiusz, Kuba, Marta, Natalia), plus ich dzielny duszpasterz – o. Wojtek Mikulski (SJ oczywiście).
Jak to zostało w pewnych kręgach ustalone, rajd był poniekąd naj-bardziej rekordowy. I to w wielu aspektach:
1) naj-dłuższa trasa;
2) naj-dłuższy dzienny przejazd (110 km, z zastrzeżeniem tym, co poprzednio);
3) naj-gorsza pogoda (10 dni jazdy, w tym 7 dni w deszczu);
4) naj-lepsze jedzenie (niech żyje naczelny kuchcik);
5) naj-mniej niepewności (niemal codzienne punkty docelowe);
6) naj-mniej miejsc zwiedzanych (?-wiadomość niesprawdzona, umieszczona dla uzupełnienia kompozycji, do czego autor nie powinien się przyznawać);
7) naj-pierwszy rajdowy wyjazd za granicę (błąd popełniony tak celowo, że to wyjaśnienie nie musiało się tu pojawić);
8) naj-więcej osób musiało wcześniej opuścić trasę (jak w punkcie 6.);
9) naj-więcej możliwości formułowania takich uwag jak powyższe (aczkolwiek autorowi już się nie chce myśleć, więc postawi kropkę).
Powyższa lista questionum niech będzie wypadkową wszelakich informacji poniżej zamieszczanych.
1) A zatem – trasa
Pierwotny zamiar to jazda niemalże brzegiem morza. Owszem, i taka przygoda zdarzyła się naszym rajdowcom. Jednakże nie było to zasadą, co zaowocowało ominięciem... ruchomych wydm w okolicach Łeby (ku rozpaczy co najmniej jednej duszyczki i „drobnym” wewnątrzgrupowym wymianom zdań). Najbliższe zamierzeniom były odcinki od czwartego noclegu i jeziora Jamno (dociekliwym zaleca się czytać tenże artykuł z mapą Wybrzeża w garści). Ale po kolei. Punkt wypadowy przypadł w udziale Gdyni, a konkretniej Wzgórzu św. Stanisława Kostki, na którym stacjonują oo. jezuici, prowadząc m.in. szkołę i użyczając tarasu widokowego na dachu kolegium wszystkim spragnionym wrażeń (a widok na Zatokę Gdańską rozciąga się stamtąd imponujący). Jednocześnie wyjazd z miasta dłużył się niemiłosiernie, a Jastrzębia Góra wciąż daleko jako cel pierwszego etapu. Pojawiły się pierwsze góry i górki, dorwał pierwszy deszcz (w Pucku) no i doświadczenie uroku polskich, hmm... dróg? Fakt faktem, że na ostatniej prostej wytrzęsło rajdowcami dokumentnie. Wszelakie owe doświadczenia były niejako przedsmakiem przyszłych dolegliwości, na które nie trzeba było długo czekać. Poranny wypad z Jastrzębiej Góry na Rozewie przekonał pewnych siebie podróżników, że mięśnie nie należą do grupy perpetuum mobile. Jednakowoż humory nie zawiodły ani wówczas, ani przez cały czas trwania rajdu. A przebiegał on (w skrócie) jak następuje: Gdynia – Jastrzębia Góra – Łeba – Bruskowo Wielkie (obok Słupska) – Jeżyce (ok. 6 km od Darłowa) – Dobrzyca (obok trasy nr 11 za Koszalinem) – Pogorzelica – Świnoujście – Eggesin (!) – Szczecin. Autor jest tu winien wyjaśnienie, iż podane miejscowości są punktami noclegowymi, między którymi działo się doprawdy sporo. Czuje się on także w obowiązku opisać jeden „epizod”, a raczej dzień, w którym nasi odważniacy wyruszyli z Dobrzycy w stronę Kołobrzegu. Był to bezsprzecznie najbardziej „morski” ze wszystkich dni. O ile do samego miasta pogoda była raczej sprzyjająca, o tyle deszczyk (wraz z burzą) dorwał rajdowców podczas pikniku na plaży. Otóż musicie wiedzieć, że, ku uciesze plażowiczów, niespodziewanie pojawiła się na miejskiej plaży grupa zapaleńców, którzy (jakże proroczo) męcząc swoje bicykle, usadowili się na piasku i najspokojniej w świecie spożywali drugie śniadanko (czytaj: zajadali się czekoladowymi płatkami z mlekiem, kanapkami z dżemem i nutellą oraz tym podobnymi przekąskami). Dalszy ciąg trasy upływał pod znakiem ucieczki przed ulewą (która, rzecz jasna, wygrała). Przy okazji rowerzyści stali się niemal naocznymi świadkami poważnego wypadku samochodowego mającego miejsce tuż za Kołobrzegiem, a przed którym, można śmiało powiedzieć, Opatrzność ich uchroniła poprzez konieczność krótkiego postoju. W duchu dziękczynienia zanieśli oni szczerą modlitwę w intencji tych młodych ludzi, którzy nie uniknęli kolizji, i udali się, już leśnymi ścieżkami, w dalszą drogę. Tam czekała niespodzianka. Nadmorski przejazd, na który liczyła nasza dzielna drużyna, okazał się nieprzejezdny (zgodnie z relacjami miejscowych), w wyniku czego pozostały dwie możliwości: liczyć na przejazd terenem wojskowym lub nadrabiać dwadzieścia parę kilometrów. A zamierzano dotrzeć do Niechorza. Wybrano tę pierwszą opcję. Droga do jednostki wojskowej okazała się niezbyt wygodnym brukowanym traktem, a i tam czekało rozczarowanie: żołnierze nie zamierzali nas przepuścić przez swój teren. Jednakże i wśród nich znaleźli się dobrzy ludzie, którzy pokierowali nas na plażę (a było popołudnie). Zaopatrzyli jednocześnie rajdowców w jedno ostrzeżenie: nie wolno wychodzić z plaży wcześniej niż za cztery kilometry, bo inaczej będą zmuszeni strzelać. Mówi się trudno. Lekko obawiający się o swoją skórę łowcy przygód nie bez trudności sprowadzili dwukołowe maszyny na piaszczystą (bezludną) plażę, po czym uznali niebezpieczeństwo za zażegnane z prostego powodu: zejścia z plaży nie było. Gdyby nie bliskość wielkiej wody wyprawa duszpasterska sprawiałaby wrażenie karawany przemierzającej pustynię. A pogoda była piękna tego wieczoru. Zachwyt udzielił się wszystkim, nawet nieszczęsnym posiadaczom rowerów szosowych, które odmawiały posłuszeństwa podczas jazdy po błotku. Zmierzch zapadał, słońce pomału tonęło w morzu zwiastując kolejny deszczowy dzień, a noclegu zapewnionego nie ma... Ale o tym później. Ważne, iż od tego dnia trasa częściej przebiegała nad morzem, nasycona punktami widokowymi (głównie chodzi tu o Woliński Park Narodowy) lub bezpośrednio prowadziła na wybrzeże (dzień „wypoczynkowy” w Świnoujściu). Tu należy bezlitośnie urwać ten, jakże długi, punkt 1) i przejść do kolejnego.
2) Naj-dłuższy dzienny przejazd wynosił 112 km
i prowadził, no właśnie, przez Niemcy. Warto tu nadmienić, iż plany tej trasy, snute w Świnoujściu (gdzie rajdowcy gościli w domu jednego ze współtowarzyszy drogi), przewidywały ok.110 km na całość niemieckich wojaży aż do Szczecina (nach Stetin), a tymczasem wieczór zastał względnie utrudzonych cyklistów na 112-stym kilometrze i 60-ciu jeszcze do granicy. Stąd także niespodziewany nocleg za zachodnią granicą, udzielony przez gościnną niemiecką rodzinę (pierwotne projekty zagospodarowania karimatami „podłogi” garażu zamieniono na malutki pokoik należący do starszej gospodyni). Ostatni zatem dzień rajdu, by nie nadużywać gościnności, wesoła kompanija zaczęła już około godziny siódmej rano, ciesząc się z posiadania jeszcze jednego bochenka chleba i słoika dżemu. Wracając jednak do dnia naj-dłuższego przejazdu: istotnym szczegółem był brak mapy, rekompensowany przez stojące co pewien odcinek plany ścieżek rowerowych. Jak na jazdę „w ciemno” i znikomą (poza jednoosobowym talentem językowym) znajomość niemieckiego i tak można zaliczyć ów dzień w poczet rajdowych sukcesów, a na pewno zaliczyć do kategorii „trudno dających się zapomnieć”.
3) „Dawno nie padało”
– to dyżurne hasło tegorocznych wakacyjnych wojaży. W praktyce wyglądało to jak następuje: jest ranek – rajdowcy zakładają peleryny (ci, którzy takowe posiadają) i ruszają w trasę; dzień w toku – rajdowcy mokną; dzień chyli się ku wieczorowi – rajdowcy starają się dygotać jak najmniej i uśmiechać możliwie szeroko (byleby tylko wiatr nie zawiewał aktualnie z całą mocą); jest wieczór – rajdowcy modlą się o ciepły nocleg i nie mogą doczekać się ciepłej strawy; jest noc – ubrania schną, rajdowcy śpią możliwie jak najszybciej; jest ranek – rajdowcy wdziewają z grubsza wyschnięte ubrania, zakładają peleryny (ci, którzy takowe posiadają) i ruszają w trasę, mocząc skrupulatnie te części garderoby, które wcześniej wyschły, czyli zrobiły miejsce na więcej wody... W kontekście pogody, ponownie: jeden epizod jest wart zauważenia. Mianowicie dnia siódmego, konkretnie w Trzęsaczu (Ci, którzy zdecydowali się śledzić trasę na mapie, mogą spokojnie zaznaczyć tę miejscowość jako ciekawostkę krajoznawczą. Więcej autor nie zdradzi), ta część ekipy, która nie posiadała akcesoriów przeciwdeszczowych, lub w wyniku niedogodności losowych je utraciła, zakupiła urocze „poncza” w różnych kolorach. Odtąd poważni łowcy przygód (na czele z duszpasterzem, którego ówczesną barwę przemilczymy) przekształcili się w „cukiereczki”. Widok zaiste przyjemny dla oka, oddziaływujący ponadto synestetycznie, jeśli wziąć tu pod uwagę zbiorowy szelest.
4) Tradycyjny podział ról wśród uczestników rajdu
(przewodnik, tu: dwóch – „ilościowy” i „jakościowy”, kuchcik i pomocnicy, zaopatrzeniowcy, duchowny, „kaowcy”, rzecznicy zakwaterowania, skarbnik, technik... może jeszcze inni) na pewno sprawdził się w tym roku jeśli chodzi o kwestię gastronomiczną. Obok „makaronu na wszelkie sposoby” wędrowni smakosze raczyli się pieczonymi kiełbaskami, różnymi rodzajami surówek, sosów (warto wspomnieć choćby czosnkowy), czy też klopsikami. Nie mając litości dla Czytelnika, autor niniejszej relacji wspomni nadto o ognisku urządzonym na cześć naszych znajomych przez jednego z proboszczów u których gościli, wspaniałym cieście, a wreszcie - okazałym przyjęciu podróżnych w Świnoujściu, czy przykładzie profesjonalnej kuchni włoskiej w wykonaniu o. Grzegorza SJ już u celu, to znaczy w Szczecinie. Tak więc łudził się ten, kto zamierzał schudnąć podczas wyprawy rowerowej.
5) Punkty docelowe
– to chyba jeden z najbardziej charakterystycznych rysów wakacyjnej wyprawy. Rajdowcy mieli „anioła stróża” w postaci Tomka, który stał się rzecznikiem w zasadzie trzech noclegów. Podczas trasy co pewien czas mijał rowerzystów charakterystyczny ciemnoniebieski pojazd używający sygnału dźwiękowego – bynajmniej nie w celach ostrzegawczych. To znak, że znów mieli „gościa”. Doliczając do tego podwójny nocleg w Świnoujściu oraz wizytę u jezuitów w Jastrzębiej Górze i Szczecinie, otrzymujemy zawrotną ilość trzech „spontanicznych” noclegów, z czego jeden nieplanowany (ów „niemiecki”). Momentem krytycznym był wieczór po wyprawie plażowej, która wyniosła, bagatela, 10 km. Nietypowa karawana mogła opuścić nadmorskie piaski w Pogorzelicy, mniej więcej o 22.00, pozostając bez dachu nad głową (że o podłodze nie wspomnieć). A przecież Opatrzność nie zawodzi tak jak to mają w zwyczaju ludzkie wyobrażenia. Rajdowi weterani spotkali dobrego znajomego i wielokrotnego towarzysza drogi, a wszyscy otrzymali schronienie w ośrodku wypoczynkowym, mając do dyspozycji całą salę gimnastyczną, sporo prowiantu, prysznice, a nawet lekarza (na szczęście jego ingerencja nikomu nie była potrzebna). Okazało się bowiem, że biuro turystyczne z Torunia organizowało tam kolonie językowe. Trafił swój na swego. Rankiem, kiedy rajdowcy dziarsko reanimowali rowery po błotnej kąpieli, mogli usłyszeć arcyciekawe mity krążące wokół ich wyprawy. Dowiedzieli się na ten przykład, iż pokonują 300 km dziennie, biją rekord Guinessa, tudzież biorą udział w wyścigu pokoju. Mali koloniści, po wnikliwych obserwacjach, zestawili swoje „top 10” jeśli chodzi o jakość sprzętu. Wrażliwe ucho relacjonującego wychwyciło wspomniane komentarze, jednak przez palce mu to nie przejdzie.
6) Zdecydowana większość rajdu
upływała na rowerowym przemieszczaniu się z miejsca na miejsce, z przerwami na zwiedzanie wiejskich sklepików (które nagle zaczynały mieć spory utarg o nietypowych porach), toteż na poważniejsze epizody krajoznawcze czasu nie starczało, nad czym wielokrotnie ubolewał przewodnik „jakościowy”. Do tych miejsc, które udało się „zaliczyć”, należą: latarnie morskie w Rozewiu, Niechorzu i Świnoujściu (przynajmniej z zewnątrz), romański klasztor benedyktynek w Żarnowcu, przystanie morskie w Łebie i Ustce, kościoły gotyckie w Darłowie i Kołobrzegu, punkt widokowy w Wolińskim Parku Narodowym, molo w Międzyzdrojach, okolice Świnoujścia, no i wszelakie zakątki wschodnich Niemiec.
7) Skoro już mowa o Niemczech:
sprawdziła się zasada „kto pyta, nie błądzi”. Jedyne źródło informacji stanowiły relacje mieszkańców nawiedzanych miejscowości i wspomniane mapy umieszczone przy trasach rowerowych. Ale o samej trasie - Przebiegała ona mniej więcej tak: Świnoujście – Zirchow – Usedom – Anklam – Ueckermunde – Eggesin – Pampow – Dobra (już po stronie polskiej ma się rozumieć). Amatorom rowerowych wycieczek serdecznie poleca się tamtejsze ścieżki dla jednośladów i serdeczne usposobienie mieszkańców do tego rodzaju wypraw. Czy u nas spotka się na wąskiej drodze samochód, który jadąc z naprzeciwka z uśmiechem ustępuje miejsca kolumnie rowerzystów i serdecznie macha przejeżdżającym (jeśli tak – Deo gratias)? Poza tym kilkakrotnie rajdowcy musieli prosić o napełnienie życiodajnym płynem (H2O gdyby ktoś miał wątpliwości) świecących pustką butelek (a był to już czas zdecydowanej poprawy pogody, nawet spalonych nosków), za każdym razem spotykając się z serdecznym udzieleniem pomocy i dalszymi wskazówkami. Toteż nieustannie wznosiło się ku niebu dziękczynienie za wszystkich dobroczyńców.
8) Tak, punkt ten jest bodajże najsmutniejszym
Do końca wyprawy dotrwało „ośmiu wspaniałych”... Z piętnastu wspaniałych. Powody opuszczenia rowerowego szlaku przed upływem pełnych 10 dni szkicowały się przeróżnie: od kontuzji kolana, poprzez ruszanie na dalsze szlaki (a raczej wyższe, bo górskie), konieczność dokształcania się (na szczęście w dość rozrywkowych dziedzinach), aż do ruszenia drogą życiowego powołania. W tej optyce fakt ukończenia trasy przez połowę początkowych zapaleńców niepodobna postrzegać w kategoriach porażki – to raczej właściwa kolej rzeczy.
Czyż bowiem nie jest tak, iż całe życie jest drogą pełną wyzwań, niespodzianek, konieczności ryzyka i wytrwania mimo przeciwności, a przecież także pełną dobrych ludzi i ogromnej dawki szczęścia? Czyż życie nie jest równocześnie próbą siły optymizmu, wywiewanego przez wiatry zmienne i porywiste, oraz zraszanego przez deszcze złych wiadomości? A jednak ten zwycięża, kto dąży do celu, i ten prawdziwie rozumie sens wędrowania, kto rezygnuje z drogi wyłącznie wówczas, gdy obiera inną.
Wasz, pedałujący nawet podczas snu – pierwszorajdowiec.

Dodaj nową odpowiedź