Z krótkich refleksji... (JPII)
Zapalamy znicze. Wycieramy łzy. Tłumnie odwiedzamy kościoły i inne miejsca modlitw. Trudno jest nam się pogodzić z faktem, że Jego już nie ma, że znów obudzimy się z uczuciem nie dającej się wypełnić pustki, że już nigdy nie będzie tak jak kiedyś. A przecież, choć sobie tego na co dzień nie uświadamiamy, odszedł, bo każdy kiedyś odchodzi.
Nigdy Go nie poznałem, nie uczestniczyłem w żadnej z Jego pielgrzymek i nigdy nie czułem takiej potrzeby, był dla mnie kimś tak samo trwałym i naturalnym jak powietrze, którego nigdy nie zabraknie. Ale przyszedł w końcu ten dzień, musiał kiedyś przyjść, i nagle zrobiło się pusto... Lecz, jakby wbrew milionom wiernych na całym świecie, nie starałem się pogłębiać tej pustki płaczem, cierpieniem po stracie bliskiej osoby. Czułem jakby przystanął ostatnio obok mnie i powiedział: „Nie pochylaj głowy, nie zapalaj znicza, popatrz – za oknem wiosna”. I wiem, że jest Mu teraz lepiej, że On nie chce naszych łez, lecz radości, bo nadszedł nowy czas, przyszły nowe dni, a my powinniśmy pójść drogą, którą nam wskazał.
Zapamiętam Go jako człowieka, który ukończył najcięższy życiowy ultramaraton i ukończył go najlepiej. Pokazał, że mimo przeszkód można z godnością iść przez życie, że każdą barierę można pokonać, że nie ma rzeczy niemożliwych, wystarczy chcieć. Patrzy teraz na nas, jest wśród nas i czeka. Szukał nas, a my przyszliśmy do Niego. On już doszedł do Mety. Teraz kolej na nas. Nie możemy Go zawieść. W drogę!!!

Dodaj nową odpowiedź