Na czterdziestym drugim kilometrze
Zbliża się siódma rano, kiedy kończę kompletowanie materiałów do nowego numeru. To była długa noc... Pada śnieg, tańcząc na rozpromienionym pomarańczowym światłem miejskich lamp wietrze. Za chwilę zadzwonią budziki, co pilniejsi studenci zerwą się z łóżek i pobiegną na zajęcia, z radia płyną cicho pierwsze wiadomości, ktoś już odlicza do końca roku...
To już prawie trzysta sześćdziesiąt pięć kilometrów na autostradzie życia. Kolejne trzysta sześćdziesiąt pięć kilometrów. Gdzieś po drodze spotkały nas mniej lub bardziej oczekiwane remonty, postoje, a gdzieś, pewni siebie dociskając pedał gazu, wyprzedzaliśmy słońce o sto dwadzieścia kilometrów na godzinę, by przed wschodem dnia zdążyć jeszcze przejechać kawałek.
Kolejny kilometr maratonu – bo nasze życie jest maratonem, choć wcale nie zdajemy sobie z tego sprawy i często już na starcie zapominamy, po co tak naprawdę biegniemy. Często też wydaje nam się, że to może nic specjalnego, że damy sobie radę, że nic nam nie przeszkodzi dobiec do mety, ale przychodzi taki moment, kiedy wszystko się sypie jak domek z kart, kiedy zwalniamy, zatrzymujemy się, chcemy się poddać, bo rodzi się w nas myśl, że nie ma sensu dalej biec... Stajemy twarzą w twarz ze ścianą własnych słabości, wątpliwości, brakiem wiary w siebie...
Życzę Wam, w imieniu całej Redakcji, siły w takich chwilach, siły, która pokona wszelkie słabości, która nie pozwoli Wam się poddać, załamać, dzięki której uniesiecie w górę głowę i pobiegniecie dalej, wprost do Mety, by tam, na czterdziestym drugim kilometrze, podnieść w górę ręce ze ZWYCIĘSTWA.

Dodaj nową odpowiedź