Niecodziennik, 10 kwietnia 2010
Sobotni poranek rozpoczął się leniwie. I wszystko byłoby jak zawsze — dopełniłabym tradycji studenckiego weekendu, gdyby nie pukanie do drzwi pokoju około godziny 9 i wypowiedziane drżącym głosem „włączcie telewizor”. W tym samym momencie dźwięk telefonu poinformował o otrzymaniu smsa od przyjaciela z drugiego krańca Polski.
„Zginęło 96 osób w katastrofie samolotu pod Smoleńskiem (18 km od Katynia) najwyższych dostojników Polski, którzy lecieli uczcić ofiary Katynia” — powiedział z niekłamanym przejęciem spiker i zaczął wymieniać nazwiska tych, którzy odeszli. Czas jakby się zatrzymał. Prędko włączyłam komputer. Internet „zalany” był wiadomościami o tragedii. Skontaktowałam się z najbliższymi osobami. Wszyscy już wiedzieli. Zadzwoniłam do przyjaciółki, ale nie przypominało to rozmowy telefonicznej, było raczej wspólnym byciem na linii. Siedziałyśmy tak we dwie — z siostrą — niemal do wieczora. Słuchałyśmy relacji z niedowierzaniem. Zerkałam na moją siostrę z dziwnym wyrazem twarzy, z lekkim zdziwieniem na widok jej szklanych oczu. Przed oczami miałam podręcznik historii z pamiętną dla nas, Polaków, datą 10 kwietnia 2010 r., której będą się uczyć kolejne pokolenia. Pomyślałam o tym, jak „po macoszemu” podchodziliśmy do historii życia tych, którzy walczyli o wolność, jaką dziś możemy się cieszyć. Jeszcze do mnie nie docierało. W niedziele wróciłam do swoich zajęć.
Byłam zszokowana. Czułam smutek. Słowa „jest mi to obojętne” godziły w moje polskie, ale nade wszystko po prostu ludzkie serce. Co teraz? Jak będzie wyglądała moja ojczyzna? Co z moim domem? Obcowałam z ciszą i pytaniami bez odpowiedzi. Współczułam rodzinom tragicznie zmarłych. Doprawdy, nie mogłam uwierzyć, nie mogłam ogarnąć tego, co się stało. Mimo to nie przeżyłam wstrząsu. Nie czułam ukłucia w sercu, które nakazywałoby mi udać się do stolicy i/lub Krakowa — czy będzie to powód do wstydu w przyszłości, gdy dzieci, wnuki, zapytają, gdzie byłam 18 kwietnia 2010 r.? Nie nawróciłam się na „jedynie słuszną i poprawną opcję polityczną”. Chciałabym by tak było, ale póki co, nie przekonują mnie deklaracje o trwałej zmianie w naszej mentalności, która jakoby miała się dokonać za sprawą tej tragedii narodowej. Nie sądzę, by ta śmierć nieodwracalnie zabiła w nas skłonność do ulegania złu. Mam słabą wiarę? Czy może o tym świadczyć pole zniczy? Czy hektary świateł to mimo wszystko nie za mało, by mówić o odrodzeniu? Ale jestem przekonana, że ten dzwon bije właśnie nam. Czy umiemy tak mocno przejąć się życiem tak, jak przejęliśmy się śmiercią? Mam nadzieję, że kiedyś zaprzestaniemy zapatrzenia w ciemność. Że te cienie nad nami, świadczą o tym, że gdzieś tu jest Światło. Obyśmy tylko zechcieli je wpuścić. Czy sprostamy próbie? Nie wiem. Ale myślę, że warto podjąć o to starania. Nie śmierć, a życie właśnie jest w naszych rękach. Chciejmy się o nie zatroszczyć.

Dodaj nową odpowiedź