Próba pustyni, próba smutku
„przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las”
Zbigniew Herbert
Jest, w tym całym tańcu smoleńskich wydarzeń, jakaś zaskakująca logika. Bóg jakby kieruje najpierw naszą myśl ku misterium śmierci, ku temu dojmującemu uczuciu straty i bólu, by później wlać w nas nadzieję, przypominając o swoim niezgłębionym Miłosierdziu.
Miłosierna miłość Boga
Naród polski dostał od losu policzek, który wyrwał go z letargu i odsłonił banalność naskórkowych problemów, którymi wszyscy żyli przed katastrofą prezydenckiego Tu-154. Zdaje się, że wydarzenia smoleńskie nie tylko zdmuchnęły warstwę kurzu, która przykrywała prawdę o tym, co stało się w Katyniu, ale przypomniały również każdemu z nas (a w szczególności rodzinom tragicznie zmarłych) stare, kamedulskie pozdrowienie „memento mori” (pamiętaj o śmieci), kierujące myśl człowieka ku podstawowym problemom egzystencjalnym, wobec których trudno przejść obojętnie. Jednak najbardziej znamienny i poruszający wydaje się fakt, że wszystko to wydarzyło się w wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, którego ustanowienia — jak wiemy z „Dzienniczka” Siostry Faustyny — życzył sobie sam Jezus Chrystus (Dz. 49). Wszystko to każe spojrzeć na ostatni lot prezydenckiego samolotu w wielkiej perspektywie wiary. Wiary, która „szuka rozumienia” i jest oparta na elementarnych doświadczeniach życia, takich jak np. życie czy śmierć.
Jest w tym całym tańcu smoleńskich wydarzeń jakaś zaskakująca logika. Bóg jakby kieruje najpierw naszą myśl ku misterium śmierci, ku temu dojmującemu uczuciu straty i bólu, by później wlać w nas nadzieję, przypominając o swoim niezgłębionym Miłosierdziu. Wydarzenia sprzed miesiąca wydają się jakimś rozpaczliwym wołaniem Boga do człowieka. Wołaniem Tego, którego „palą płomienie miłosierdzia” (Dz. 50) i który „zapalił się do człowieka zazdrosną miłością”. Fakt, że Stwórca powołał do siebie przedstawicieli naszej elity politycznej, najwyższe osoby w państwie, również jest znamienny. Każe najpierw patrzeć na te wydarzenia w szerszej perspektywie państwa, o którym to Jezus rzekł Siostrze Faustynie: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje (Dz. 1732). Czy w wydarzeniach sprzed miesiąca nie widać właśnie tej ogromnej, miłosiernej miłości Boga?
Pustynia
Ks. Tadeusz Dajczer w swoich bestsellerowych „Rozważaniach o wierze” porusza temat pustyni jako próby wiary, wiodącej człowieka ku ostatecznemu wyborowi: albo zaufanie Bogu, albo bluźnierstwo. Autor wskazuje, że pustynią może być każda trudna sytuacja. Będą nią więc, na przykład, trudności wynikające z relacji z bliźnim, choroba, przygniatające stany psychiczne, poczucie osamotnia itp. Dalej pisze tak: „Pustynia może być pustynią o charakterze społecznym i obejmować np. cały naród i może też być pustynią indywidualną. Jedno jest pewne: Jeżeli wkroczysz w nią, to zmienisz się. Pewne jest też, że kiedyś musisz w nią wejść”.
Nie mogę oprzeć się temu przemożnemu przekonaniu, że wydarzenia smoleńskie były właśnie taką pustynią, na którą wyprowadził nas miłosierny Bóg. Próbą wiary, która miała wyrwać wszystkich z „letniości” i skierować ku nawróceniu. Polska nie jest już tym samym krajem, jakim była przed 10 kwietnia. Nie wszyscy, ale na pewno wielu z nas zmieniło się (inna sprawa — na jak długo). Sumienia zostały poruszone, pozory starte.
Bardzo znamienne było to, że w kolejkę ludzi składających hołd przed pałacem prezydenckim ustawiali się zagorzali krytycy Lecha Kaczyńskiego. Fani „Szkła kontaktowego” i innych „obiektywnych” programów. Jeszcze nie tak dawno krzyczeli, że „kaczyzm” jest zagrożeniem dla demokracji, że Kaczyński to „taki i owaki”, „obciach dla Polski”. I nagle większość z nich doznała poczucia winy i osamotnienia. Poczuli, że odszedł ktoś bardzo ważny, że tak na prawdę żyli sztucznymi problemami podawanymi im przez dominujące media (które wiedzą doskonale, że nie mają wpływu na to, jak myślą ludzie, ale na to o czym myślą).
Pustynia jest miejscem ogołocenia, przebywając na niej człowiek poznaje swoje prawdziwe „ja” i odkrywa fundamentalne pragnienia, które zaginęły gdzieś w szarej codzienności. Mając to na względzie, trzeba powiedzieć, że pustynia jest łaską.
Kto oglądał „Zapach kobiety” w reżyserii Martina Bresta, ten z pewnością pamięta dramatyczną scenę, w której, oślepły w wyniku wypadku, pułkownik Frank Slade, grany przez znakomitego w tej roli Ala Pacino, próbuje popełnić samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Od najgorszego ratuje go kilkunastoletni przyjaciel, któremu dane będzie później wysłuchać rozpaczliwego wołania pułkownika: „I'm in the dark here! You understand? I'm in the dark!” (w wolnym tłumaczeniu: „Żyję w mroku!”) Okrzyk Franka Slade'a był efektem pustyni, jakiej doświadczał i która ogołociła bohatera filmu ze wszystkiego, co kiedykolwiek miało dla niego jakiekolwiek znaczenie. Stracił poczucie sensu życia, którego upatrywał w wariackiej jeździe sportowym samochodem, stawianiu się dowódcom oraz — co dla niego było chyba najważniejsze — w możliwości cieszenia oka urodą napotykanych kobiet, w których teraz mógł „widzieć” już tylko — rozpoznawany przez niego bezbłędnie — zapach perfum.
Próba smutku
Ks. Dajczer pisze, że w sytuację pustyni musi wejść każdy. Trzeba to sobie uzmysłowić. Musimy pamiętać, że tak naprawdę pustynia jest niewyobrażalną łaską, jaką Bóg na nas zsyła. W swojej istocie jest grą wartości. Bo oto stoimy przed wyborem: albo zaufamy Bogu, albo skażemy się na dramatyzm błądzenia, tułaczkę Kaina. Z tej trudnej sytuacji narodowej tragedii, która poruszyła nie tylko Polskę, ale i cały świat, musimy wyciągnąć wnioski. Otworzyć się na wiarę.
Jedną z ciekawszych rozmów, które słyszałem zaraz po smoleńskiej tragedii była rozmowa z ks. Janem Sikorskim, wikariuszem biskupim do spraw formacji kapłańskiej. Zapytany przez dziennikarkę — „gdzie był w tym strasznym momencie Bóg?” — przywołał rozdział Ewangelii opisujący uzdrowienie człowieka niewidomego od urodzenia (J 9). Uczniowie, pewni, że ślepota tego biedaka jest rezultatem grzechu, pytają: „Rabbi, kto zgrzeszył, (...) on czy jego rodzice?”. Na to Jezus im odpowiada: „Ani on nie zgrzeszył, ani jego rodzice, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże”. Narodowa tragedia jest czasem pustyni i wielką sprawą Bożą. Ale czy tych „wielkich Bożych spraw” nie możemy odnaleźć również w wydarzeniach, będących następstwem tej tragedii? Oto cały świat dowiedział się w końcu o tym, co stało się z polskimi oficerami w Katyniu w 1940 roku; pojawia się wielka szansa na ocieplenie polsko-rosyjskie, o „Polaczkach” nie mówi już nikt; Rosja po raz pierwszy w historii ogłasza żałobę narodową po śmierci obywatela obcego państwa (co znamienne wielkiego krytyka jej imperialnej polityki); Polacy doświadczają uczucia niezwykłej integracji narodowej wspólnoty i nawet sam Adam Michnik, wielki przeciwnik zmarłego tragicznie prezydenta, zdobywa się na wspomnienia „o Leszku”. Takich spraw jest jeszcze wiele.
Kończąc już, chciałbym przypomnieć słowa ks. Józefa Tischnera, będące chyba najlepszym zobrazowaniem powyższych treści. Autor, znakomity polski filozof i duchowny, zapisał je w ostatnich dniach swojego życia, w okresie wielkiego cierpienia spowodowanego wyniszczającą chorobą nowotworową. Jest to w zasadzie cytat-świadectwo: „Bo jeśli nie przeszedłeś przez próbę smutku, nie zdobędziesz doświadczenia radości z tego, co wynikło z bólu.”

Dodaj nową odpowiedź