Zarazić się słabością!
„Nawet jeśli (Jezus) poczęstuje mnie „chlebem ucisku i wodą utrapienia”, obiecuje coś o niebo większego: nie odstąpi ode mnie. To On będzie moją siłą i warownią(…). Niebo rzeczywiście przychodzi do mnie ciemną nocą”(M. Jakimowicz).
Przeciętniacy?
Igła ma to do siebie, że trudno ją odnaleźć, jeśli wpadnie w stertę zagarniętego siana. Czyż nie podobnie rzecz się ma z ludźmi, na pozór przeciętnymi, którzy w gruncie rzeczy każdego dnia zmagają się ze swoją rzeczywistością? Przeważnie oceniamy ich, jako dających sobie bez problemu radę z wykonywaniem swoich obowiązków. Jak wszyscy wstają rano, po stoczonej walce z budzikiem, może kawa albo musli zalane mlekiem w następnej kolejności, by móc o siódmej rano wybiec z domu na odjeżdżający właśnie autobus. W tym wszystkim promieniują pewną wewnętrzną radością, pięknem, będąc zadowolonymi z tego, czemu na co dzień się oddają.
Chylę czoła przed kruchością!
Może myślisz sobie, że są tacy poukładani, co być może wynika z mądrości wychowawczej rodziców, pod których okiem wzrastali. Albo mają taki hart ducha i silną wolę, że tak wszystko im się układa. A czy przyszło Ci do głowy, że oni każdego dnia wzmagają się z sobą samym? Pomyśl sobie, że aby opuścić rankiem wygrzane łóżko, toczą bój na śmierć i życie. Ta myśl, by nie stawić czoła rozpoczynającemu się dniu, pragnie zdominować ich całych i doprowadzić do pozostania pod okryciem kołdry. Towarzyszy temu ogromny lęk. Wyobraź sobie, że takie zmaganie, którego doświadczają rano, towarzyszy im w każdej innej sytuacji dnia codziennego. Może myślisz: „to jakiś obłęd. Tak nie idzie żyć”. A ja myślę: „to są giganci”. Masz rację, że tak nie da się żyć. Ale jeśli jest Ktoś większy od tej niemocy, ktoś, Kto ich podtrzymuje i daje im życie wtedy, gdy oni tego życia w sobie nie mają — to ja chylę czoła przed tymi, którzy tego Kogoś znają i korzystają z Jego pomocy. Chylę czoła przed kruchością! Chylę czoła nie przed tymi, którzy sobie radzą, którzy wiedzą, co zrobić by coś zdobyć, ale przed tymi, którzy potrafią uznać swoją bezsilność, ograniczenie i wiedzą, kogo błagać o pomoc w ich sytuacji. Wszystkim pokornym, którzy znając prawdę o sobie, zwracają się do Tego, który ma moc przeprowadzić ich przez te sytuacje — mówię TAK... bo czyż tego, który w niczym nie ma oparcia, a z głębi serca woła do Boga, Bóg nie oprze na sobie? Jeśli spotkasz kogoś takiego, to nie dziw się, skąd u niego ta wewnętrzna radość, zadowolenie i pokój. Nie jest tak ważne na czym siedzisz, ale o co (kogo) się opierasz. Spróbuj zaimponować najpierw sobie - nie tym co masz, co osiągnąłeś, co potrafisz - ale tym, czego nie potrafisz i z czym sobie nie radzisz. Słabość przyciąga i pociąga. Uznanie się za tego, który nie wie co zrobić, jak żyć, nie musi znaczyć o frajerstwie, ale raczej o męstwie i pokorze, bo oznacza przyznanie się do swej niewystarczalności z powodu istnienia Kogoś, kto wie lepiej, kto zna mnie lepiej niż ja sam siebie. Moje postanowienie na Wielki Post: zarazić się słabością!

Dodaj nową odpowiedź