O miłości do siebie
Pragniemy czuć się potrzebni i kochani. Pragniemy dostrzegać sens swych starań. Gdy jednak napotykamy problemy, tracimy nie tylko wiarę w siebie. Przestajemy siebie kochać
Czy kocham siebie? Dla niektórych z nas to jedno z najtrudniejszych pytań. Jak odróżnić miłość do samego siebie od egoizmu, samolubstwa, egocentryzmu i narcyzmu? Z tymi bowiem słowami często kojarzy się pojęcie miłości do samego siebie.
Kiedy dokucza przygnębienie, doświadcza się porażki, plany się pokrzyżowały czy skrytykowano nas, najczęściej pierwszą reakcją jest doszukiwanie się winy w sobie i chęć dodatkowego samoukarania. Czujemy się beznadziejnie i pognębiamy jeszcze bardziej, tak jakbyśmy próbowali traktować ranę, zamiast oliwą miłości, solą, pieprzem i octem. Nie szczędzimy sobie gorzkich słów, wypominamy sobie wypowiedziane słowa lub ich brak, żałujemy swoich działań, rozliczamy się szczegółowo i rygorystycznie z przeszłością, kolekcjonujemy błędy, rozpamiętujemy potknięcia i ubolewamy nad upadkami. W czasie chandry, nielubienia swego życia i siebie niczym kpina brzmi w naszych uszach czyjaś zachęta, by „pokochać siebie”. Czy ta osoba wie, o czym mówi? Czy wie, czego żąda? Zachęta, by zadbać o siebie, zainwestować w siebie, sprawić samemu sobie niespodziankę czy zrobić coś miłego dla siebie spotyka się z grymasem ogromnej dezaprobaty na twarzy, tak jakby proponowano pójście na karuzelę komuś, kto cierpi na zawroty głowy.
Zrobić coś tylko dla siebie samego? Po co? Najczęściej pragniemy robić coś dla kogoś i w ten sposób też dla siebie. Od przygotowania potrawy, podarowania upominku po podzielenie się radością z osiągniętego sukcesu, efektów pracy czy codziennymi mniejszymi i większymi radościami oraz trudami dnia. Stąd, gdy ktoś proponuje skupienie się na jakiś czas na miłości do siebie samego i wyrażenie jej wobec siebie samego, nie mamy na to ochoty. Zawodzi nawet nasza pomysłowość na to, czym to wyrazić. Dla siebie samych mamy się stroić? Dla siebie rozwijać? Czy nie po to czytamy, oglądamy, poznajemy, by dzielić to z innymi? A często też, by szukać potwierdzenia poczucia swej wartości*w ich oczach? By odbijać się w wyrazie ich aprobaty i na tym budować swój pozytywny wizerunek?
Potrzebujemy, oczywiście, uznania i docenienia bez wyjątku. Pragniemy czuć się potrzebni i kochani. Chcemy, by cały trud, który wkładamy w pracę, życie rodzinne, budowanie relacji miłości i przyjaźni, służbę innym, w jakikolwiek sposób by ona się nie przejawiała, dawały owoce. Pragniemy dostrzegać sens swych wysiłków i starań. Szczera pochwała, niewynikająca niejako z obowiązku czy dobrych manier lub nawet litości, motywuje często dużo bardziej niż krytyka. Docenienie czyjegoś wysiłku i pracy dodaje danej osobie skrzydeł*i zachęca ją do jeszcze lepszej pracy. Zachęca, ale nie powinno stanowić głównej motywacji do działania. To każdy z nas sam w środku powinien być przekonany do słuszności tego, co czyni i powinien umieć bronić swych racji również wtedy, gdy spotka go krytyka i niezrozumienie.
A może zacząć być trochę lepszym dla siebie? Nie oskarżać się nieustannie. Przygarnąć siebie samego jak dziecko, spragnione zainteresowania i czułości. Zapytać swoje serce, czego mu potrzeba i jak można mu pomóc. Przyznać sobie prawo do błędów, zarówno tych z przeszłości, jak i pogodzić się ze świadomością, że mogę wbrew najlepszym chęciom popełnić kolejne. Zdjąć z siebie jarzmo perfekcjonizmu i odetchnąć powietrzem ze świadomością, że mam do niego prawo. Dostrzec własne piękno i wyjątkowość. Uznać, że ma się pełne prawo do życia, tak jak i wszyscy dookoła.
Nie warto też czekać, że polubi się siebie i zaakceptuje dopiero wtedy, gdy ktoś nas pokocha i zaakceptuje. Może to być, oczywiście, bardzo pomocne, ale niekoniecznie skuteczne czy też budujące dla relacji. Jak można bowiem kochać kogoś bez zniewalania, jeśli wpierw nie pokocha się siebie, a spojrzenie na własną osobę uzależnione będzie od sposobu, w jaki będzie nas postrzegać ktoś drugi? Czy da nam szczęście inny człowiek, jeśli nie odnajdziemy szczęścia najpierw w sobie samych i fakcie, że żyjemy?
Prawdy tego typu zazwyczaj wypowiada się i pisze dużo łatwiej niż wprowadza w życie. Czy potrzebujemy do poczucia osobistego szczęścia innych? Czy wystarczymy sami sobie? Obawiam się, że nie. Nie jesteśmy stworzeniami przystosowanymi do życia w całkowitej izolacji od innych. Potrzebujemy siebie nawzajem, bez względu na stan, wiek, pochodzenie, wykształcenie, zawód czy aspiracje życiowe. „Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe.” (Gal. 6, 2) Możemy służyć sobie nawzajem słowem, wsparciem materialnym i duchowym. Największym jednak darem jest dar obecności. Świadomość bliskości emocjonalnej i duchowej oraz pamięci, nawet pomimo dzielących nas kilometrów. Często Bóg przychodzi do człowieka przez drugiego człowieka. Ceńmy ten dar towarzyszenia sobie nawzajem w drodze ku przyszłości. Drugi człowiek to też zachęta do służby, do twórczej wymiany. To dar i zadanie. Aby umieć jednak przyjąć ten dar i wykonać zadanie, trzeba się wytrwale uczyć miłości do siebie.

Dodaj nową odpowiedź