Trzeci post
Chłodny sierpniowy dzień, Bieszczady, późny wieczór. Jadę sama na rowerze. Część grupy gdzieś z przodu, część pewnie za mną. Jest zimno, ciemno i tylko nikłe światełko w ręku robi mi za cały świat. Jak mało czasem człowiekowi do szczęścia potrzeba - myślę. Tylko ja, wysłużony rower, mała latarka i cel, który należy osiągnąć za wszelką cenę, bo inaczej może być jeszcze gorzej. Wieczór po wyczerpującym dniu, pełnym dociekliwych pytań o Prawdę, Wiarę i Miłość powinien wyglądać łagodniej – pomyślałam. Kilometr za kilometrem, pasek na jezdni: jeden, drugi, następny i jeszcze… drzewo za drzewem mijam bezwiednie. Normalnie. Żadnych, tym bardziej zwierzęcych rewelacji na drodze, żadnego deszczu nie do przeżycia. Normalnie. Przede mną jeszcze ich ze dwadzieścia „tylko” (kilometrów oczywiście!) do przejechania – westchnęłam. Spokojna, pełna ufności niczym św. Piotr kroczący po jeziorze Genezaret. Boska opieka zewsząd mnie otacza – prawie śpiewam sobie coś do tych słów. Mały uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Co z tego, że nie widzę przecież dobrze, że trzon powodzenia tej podróży dzierżę w ręku zasilany małą baterią, że wokół mroki i ani żywej duszy, że…
I nagle stało się! Lęk, strach – coś widzę nad drogą. Białe? Czarne? Duże? Małe? Nieważne. Koniec spokoju! Staję, jak wryta. Serce zaczyna szybciej bić. Coś zburzyło moją ufność. Przestraszyłam się, bo nagle poczułam, że jestem tu zupełnie sama – sama pośrodku dzikiej przyrody. Ogromny strach, że coś mi realnie zagraża. Uczucie podobnego do tego z Księgi Rodzaju, gdy pierwsi ludzie nagle spostrzegli, że są nadzy i bardzo chcieli się ukryć. Brak ufności w to, że Bóg może wszystko i że On nad tym wszystkim panuje, że nic go przecież nie zdziwi. Ja też tak wtedy się czułam. Nie mogłam jechać dalej.
Wtedy, mój Boże, zrozumiałam, jak to będzie, gdy mi Ciebie zabraknie. Jak by to było, gdyby tak nagle ta latarka zgasła. Gdybym tak nagle odłączyła się od Ciebie, zapominała, że jesteś. W bardzo krótkim czasie rozbiłabym się i to by było wszystko... Z moją wadą wzroku, nawet z latarką w ręku katastrofa murowana!
Czas mija, a ja stoję. Muszę coś przecież postanowić. Nie mogę tak tkwić tutaj - tak sobie myślę. Nawet nie umiem określić, gdzie jestem. Żeby ruszyć, muszę opanować lęk przed zagrożeniem, które wyrosło w mojej głowie. Boję się tak bardzo, że nie potrafię ot tak „po prostu” obronić się modlitwą. Nie od razu bynajmniej. Ale powoli opanowuję strach. Wbrew temu, co dyktuje mi mój przestraszony umysł, mówię odważnie: „nie ma niczego potężniejszego od Boga!”. Początkowo bez przekonania, ale zaczynam dochodzić do siebie. Wsiadam na rower i z każdym „paskiem” na szosie zaczynam znów czuć się bezpieczniej. Tak bardzo się cieszę, że jest Bóg, który mnie/nas umacnia!
Do schroniska dojechałam szczęśliwie. Niedługo potem zadzwoniła przyjaciółka z wiadomością o swoim ślubie, w końcu dojechała do mnie część grupy i o tym „zjawiskowym zajściu” mogłam przestać chwilowo myśleć. Nauka jednak pozostała.
Tak właśnie dzieje się, gdy zapominamy o Bogu. Żyjemy, a On jest nam do niczego nie potrzebny. Pozwalamy sobie nie widzieć zagrożenia. A problem pojawia się znienacka – nagle pośrodku zwykłego dnia - jest. Niczym nadzy, tym bardziej podatni na pokusy Złego czujemy się tak, jakbyśmy zostali bezlitośnie sami z całym swoim życiem i że życie przerasta nas, i że tylko smutna śmierć jest nieuniknionym końcem tego wszystkiego, czemu na imię było moje życie.
Bóg? A gdzie On ma być? Jemu przecież już nie wierzymy. Do szczęścia nie było nam jakoś potrzebne poznanie Go.
Tak mi się wówczas wyobraziło, że grzech jest zimną, nieprzeniknioną, obcą ciemnością, która odpycha, której boimy się. A Bóg jest ciepłem, Miłością – tak oczekiwanym szczerym uśmiechem bliźniego. Ciemność nie przeraża, gdy mamy w ręku światło. Ciemność „widać” dopiero wtedy, gdy nam tej światłości zabraknie.

Dodaj nową odpowiedź