Kobieta utopiona w Studni
Czerwiec to czas, gdy studenci raczej nie myślą o przeszłości. Po co narażać się na wyrzuty sumienia, że noworoczne postanowienia dotyczące regularnej nauki znów pozostały jedynie planami. Lepiej już żyć terażniejszością, choć bolesną – wszak System Eliminacji Studentów Jest Aktywny. Jedni zastanawiają się więc, jak to zrobić, żeby się „nie narobić” i bezstresowo przebrnąć przez sesję. Inni snują plany na nadchodzące dni wakacyjnej laby. Znajdą się i tacy, którzy już pakują walizki i ruszają na podbój pól, zmywaków i budów zachodniego świata...
Są jednak wyjątki (potwierdzające regułę). To studenci, którzy z rozrzewnieniem patrzą w te dni, co minęły i z niepokojem odliczają te do końca studenckiej przygody. Do momentu, w którym zostaną pozbawieni czarnej książeczki zwanej legitymacją, skrywającej fotografię znajomej skądinąd fizjonomii, jakże niepodobnej do tej oglądanej w lustrze, naznaczonej nieprzespanymi nocami i skutkami studenckiej diety... Ach, perspektywa konieczności pozbycia się tego klucza otwierającego drzwi studenckich pubów, tego glejtu pozwalającego kasować pół biletu zamiast całego - wprawia w melancholię...
Z tej melancholii może człowieka wyciągnąć jakaś misja, jakiś cel do osiągnięcia, jakieś bojowe zadanie... Takie właśnie, jakim postanowili obarczyć mnie nasi redaktorzy naczelni. Pewnej wiosennej niedzieli, z właściwym sobie wdziękiem oznajmili, że dobrze byłoby (czytaj – wykonać i nie dyskutować), gdybym napisała artykuł na temat Studni Jakubowej. A to w związku z obchodzonym uroczyście 12 maja samozwańczym I Dniem Studni Jakubowej.
Druga myśl, która zaświtała mi w głowie (zaraz po tej z zakresu spychologii stosowanej, czyli na kogo by przerzucić zadanie) brzmiała: Co jeszcze można napisać o Studni Jakubowej? Przygotowany kiedyś tekst o jej początkach i historii został już opublikowany w Podaj Dalej oraz zamieszczony na stronie internetowej Duszpasterstwa. Relacje z działalności grupy pojawiały się na bieżąco. Co więc jeszcze można wymyślić? Z wydaniem studniowego śpiewnika do zamknięcia kolejnego numeru gazety nie zdążę... spisanie rozśpiewek i ćwiczeń dykcyjnych raczej nie zaciekawi Czytelników... Gdy jednak tylko udało mi się zwerbalizować kłębiące się w mojej głowie myśli, niezastąpieni redaktorzy naczelni zaczęli zarzucać mnie pomysłami. Napisz o przeżywaniu kobiecości w Studni – zaproponowali. Stwierdziłam, że chyba trzeba wziąć sprawy w swoje ręce.
I to wtedy właśnie postąpiłam na przekór zwyczajowi nie oglądania się w przeszłość. Przypomniałam sobie sobotnie popołudnie 12 maja... Właśnie wtedy, pałaszując pyszne gofry z żółtym sosem, grupka Studniaków dzieliła się swoimi wspomnieniami. Przypomnieli sobie dzień, kiedy trafili do zespołu, który w naszym żargonie przyjęło się określać „dniem utopienia w Studni”. Usłyszane wtedy historie pokazały, jak różne drogi nas tu przywiodły, jak wiele dylematów i wątpliwości musieliśmy przezwyciężyć, by w końcu przyjść na pierwszą próbę. Później pojawiła się refleksja, że prawdopodobnie są osoby, które cały czas mają podobne wątpliwości i obawiają się wskoczyć do tej właśnie studni.
Może więc warto podzielić się swoją historią by dodać im odwagi?
Kilka osób ze Studni Jakubowej odważyło się opisać swoją historię i wrażenia dotyczące swojej pracy w zespole. Autorzy podeszli do postawionego przed nimi zadania dziennikarskiego na różne sposoby. Są więc zarówno historie „na serio” jak i „z przymrużeniem oka” (a nawet dwóch). Jest też relacja byłego Studniaka, któremu inne obowiązki nie pozwalają już z nami grać. Mam nadzieję, że te opowieści Was zainteresują i sprawią, że spojrzycie na Studniaków jak na jednych z Was.Po co? W jakim celu? Dla nas samych będzie to zarówno przyjemość, zaszczyt, jak i lekcja pokory...
Sopranik:
Oto kilka słów o tym, jak „wpadłam” do Studni. Chęć „wpadnięcia” pojawiła się bardzo wcześnie, zaraz wtedy, kiedy zjawiłam się w Toruniu. Rozpoczęłam studia. Jednak okazało się, że nie jest to takie proste. Jestem dość nieśmiała... Wszystko było dla mnie nowe i obce, więc szukałam bratniej duszy. Nie znalazłam jej. Jednak nie był to jedyny problem - oczywiście nie wiedziałam, gdzie znajduje się ów tajemniczy domek. Kiedyś zapytałam, jak tam można dojść i otrzymałam odpowiedź, że należy wyjść bocznym wyjściem z kościoła i jak byłyby zamknięte drzwi, to dzwonić. W sumie można by rzec, że problem rozwiązany, ale tak jakoś wyszło, że wszystko, co znajdowało się za tymi bocznymi drzwiami, pozostało nie odkryte przeze mnie do końca I roku... II rok rozpoczęłam z bagażem doświadczeń i nowymi postanowieniami... Znowu usłyszałam ogłoszenia, potem w gablotce szukałam szczegółowych informacji i... znalazłam!!! Numer telefonu... w heyah. Nie miałam nic do pisania, więc powtarzałam go sobie przez całą drogę do akademika. Wysłałam smsa, dowiedziałam się co nieco o domku np. że ma zielone drzwi:). Poszłam i... zostałam.
Jacek:
Długo zbierałem się, zanim „wpadłem” do Studni. Na I roku szukałem swojego miejsca w Toruniu, nowych znajomych, ciekawego zajęcia. Pierwszy raz na próbie pojawiłem się w Wielkim Poście, ale naprawdę w prace zespołu wciągnąłem się dopiero na II roku, kiedy lepiej poznałem grupę.
Studnia to dla mnie nie tylko muzyka i śpiew. Znalazłem tam to, czego szukałem cały I rok: wartościowych, serdecznych i aktywnych ludzi.
Kasia:
Utopiłam się skutecznie i to dwa razy, pamiętam tylko to, co dobre, a to, co zapomniałam, pewnie było nieistotne...
Marta:
W pierwszą niedzielę mojego pierwszego roku studiów poszłam do Kościoła Akademickiego na rekolekcje Na dobry początek. Bardzo chciałam należeć do duszpasterstwa. Chciałam i już. Postanowiłam to zrealizować. Wchodzę sobie do kościoła, a tam na ambonie stoi Paulina i „produkuje się” do mikrofonu. Przeżyłam niezły szok, bo znałyśmy się wcześniej. No, ale już wiedziałam, że dobrze trafiłam. Okazało się, że prowadziła Studnię Jakubową.
Po mszy spotkałam Ewę, która zaciągnęła mnie na kolację. A do Studni Jakubowej przyszłam, bo spotkałam Paulinę koło Kotłowni: kazała mi przyjść. To przyszłam, „wpadłam” i tak już zostało. Chociaż przez pierwszy rok się męczyłam (zwykle na początku się męczę...), byłam pewna, że później będzie fajnie.
Natalia:
Odkąd pamiętam, powtarzano mi, że trzeba wykorzystywać talenty, które daje nam Pan Bóg. Moja historia ze śpiewaniem w kościele zaczęła się od pierwszej komunii świętej. Po prostu pokochałam to. Zmieniałam miejsca zamieszkania, ale ciągle śpiewałam psalmy na mszach i należałam do jakiegoś zespołu. Na pierwszym roku studiów nie należałam nigdzie i czułam jakiś brak.
Po rozmowie z ks. proboszczem mojej parafii uznałam, że muszę znów być częścią jakiejś grupy muzycznej. Kiedy więc wróciłam po wakacjach, koleżanka zaciągnęła mnie na spotkanie organizacyjne DA. Potem poszłam na pierwszą próbę. Moi znajomi w Toruniu zawsze uważali, że jestem osobą depresyjną, ale potem zobaczyli mnie jak śpiewam ze Studnią Jakubową. Stwierdzili, że nigdy nie widzieli mnie tak uśmiechniętej: jakbym była inną osobą. Moje serce zawsze chciało śpiewać pieśni religijne, więc nie czułam trudu przebicia się w grupie jako nowa. Nie poczułam bólu, że nikt ze mną nie rozmawia, bo największą radość sprawia mi to, że śpiewam dla Boga. Dopóki czuję Bożą moc, nie interesuje mnie, że nikt ze mną nie rozmawia. Ponieważ łatwo się uzależniam, to chyba najzdrowszym moim uzależnieniem stało się ostatnio śpiewanie w Studni Jakubowej. A że jeszcze się nie wyleczyłam, to zażywam tego panaceum co niedziela.
Nie jest łatwo... Fakt. Ze zdaniem niektórych członków zespołu kierownictwo się nie liczy. Jak jednak przeżywają te sprawy, zależy od tego, jak bardzo są w stanie poświęcić się, by wysławiać Boga we wspólnocie. Czasem warto coś przemilczeć i przestać myśleć: jaki ja mam piękny głos, a nikt mi nie chce pozwolić na „wybicie się”.
Robert:
Moja przygoda ze Studnią Jakubową zaczęła się w 2003 roku. Była tam wtedy stara stażem, ale młoda duchem i ciałem ekipa grajków i śpiewajków. Chciałem grać na gitarze i coś robić w kolektywie, gdzie cele się mnożą i nie można być samemu, a wszystko to na chwałę Najwyższego. Dlatego więc wybrałem Studnię. Atutem tej grupy duszpasterskiej są najpiękniejsze dziewczyny w obrębie ulic: Piekary i Różanej. Dzięki Studni wystąpiłem na antenie telewizji TRWAM. Zwiedziłem też kawał świata prawie za darmo, a co najważniejsze, poznałem i poznaję siebie od tej lepszej strony.
Władek:
Miałem przyjemność przez kilka ładnych miesięcy grać w Studni. Bardzo ciepło wspominam ten czas wspólnego śpiewania na mszach u jezuitów. Obecnie uczę się w Diecezjalnym Studium Organistowskim w Toruniu na Rubinkowie, a ponadto studiuję dziennie zarządznie i marketing, więc nie mam zbytnio czasu, by śpiewać w Studni. Jednakże bardzo doceniam pracę śpiewających w zespole; szczególnie rozgrzewka bardzo mi się przydała - emisja głosu to jeden z przedmiotów w Studium, a śpiewanie w Studni bardzo mi pomogło w zrozumieniu istoty tego przedmiotu.
mariusz es
”Chłopak nie łam się, bo wszystko może być ukryte właśnie w tej jednej szansie...” Tak kiedyś rymowali chłopaki z Fenomen-u, a ja dorastałem przy tych dźwiękach, pisząc swoje pierwsze piosenki. Teraz po latach wiem, że Studnia Jakubowa to jedna z szans, takich szans, których nie można było przepuścić. Tu po raz pierwszy mogłem realizować się muzycznie, najpierw śpiewem, potem ucząc się grać na djembe. I nieważne, że czasem granie nie wychodziło, dźwięki się nie kleiły, a gardło produkowało tylko przeraźliwy pisk. Ważne, że w takich chwilach fałsz udawało się obrócić w śmiech. Jeśli widzisz szansę – nie wstydź się, łap ją całą dłonią, całym sercem i korzystaj, bo czas ucieka. I pamiętaj – w niedzielę o 19 bębny grają miks.
Złóż parę wersów w swój poemat, w żaden schemat
gdy ulica krzyczy Ty bądź głosem swej ulicy
Daj z siebie wszystko – słyszysz? - wszystko
choćby w oczy wiatr, choćby świata pośmiewisko
Daj z siebie wszystko


Dodaj nową odpowiedź