Kobieta-bankomat, czyli masz babo, czegoś chciała
Przesadzam? Nie sądzę. Zaraz ktoś mi zarzuci, że przybieram „kościółkowy” ton. Trudno, niech zarzuca. Ale ilu z Was, Drodzy żonaci Panowie, trzyma w domu kasę? Ilu Waszych ojców, Drodzy studenci, garnęło się do zarządzania budżetem domowym? Nie, nie chcę nikogo krytykować, raczej pragnę zwrócić uwagę na problem. Co do krytyki, to skłonna byłabym wymierzyć ją w stronę kobiet. Dlaczego? Zapytaj siebie, kto tego mężczyznę traktuje jak nieporadny gatunek? Kto mu wmawia, że sobie nie poradzi, że nie ogarnie tematu: wydatki na rok 2010? Jak to kto, my kobiety! Bywam ostatnio dość często w miejscach użytku publicznego i gdzie się nie pojawię, tam wszem i wobec słyszę pogardę dla męskiej umiejętności zarządzania zasobami domowymi. W przychodni, w sklepie, na przystanku, w przedszkolu słychać jedno echo: „…no tak, musimy tego dopilnować, bo te nasze chłopy to sobie rady nie dadzą!” Masz ci los.
Byle na tym się sprawa kończyła
Ale nam kobietom nie wystarczy „sukces” związany z brakiem dziury w domowym budżecie. Gdyż wszem i wobec domagamy się jeszcze wielkiego uznania za nasze zasługi. Bo przecież tyle na naszej głowie: obiad, dzieci, praca, dom, zakupy, pies, mąż i jeszcze to, aby starczyło do pierwszego. I po co to całe cierpiętnictwo? Masz babo, czegoś chciała – chciałoby się powiedzieć! Sama wykluczyłaś swojego ukochanego z bycia dla ciebie wsparciem. A teraz się dziwisz, szukając przy tym uznania i pragnąc pochylenia się nad twoim biednym losem.
Ja się, nic a nic, nie dziwię, że twój mężczyzna przestał pomagać ci w sobotnim szale sprzątania, jeśli na każdym kroku tylko go krytykowałaś, że nie tak…, bo nie tak… Nie dziwię się, że przestał płacić rachunki (albo nawet nie zaczął), gdyż ciągle tylko słyszał upomnienia, by broń Boże nie przegapił terminu zapłaty, jak to zrobił parę lat temu, a ty do dziś nie możesz mu tego darować. I wielu innym „wycofaniom” z życia twojego chłopa też się nie dziwię. Jakby to kobieta była zbawicielem dla swojego mężczyzny!
A w ogóle sam fakt istnienia w obiegowej mowie pojęć „kobieta” i „facet” jako terminów używanych na określenie obu płci jest poniżej pasa! Mówmy albo „kobieta” i „mężczyzna” albo „baba” i „facet”. Trochę konsekwencji!
Rozwiązanie?
Wracając do domowych finansów, stoję na stanowisku, by to właśnie mężczyzna (brr, nie facet) miał je w swej pieczy. Bo natura przecież do tego, m.in. go uposażyła. Kobieta nie posiada właściwych predyspozycji, by chociażby stoczyć bój z nieprzyjemną panią w urzędowym okienku albo przyjąć z dystansem fakt podwyższenia czynszu za mieszkanie. Nie stoję tu, oczywiście, na straży dominacji płci męskiej nad żeńską. Za żadną formą dominacji nie jestem. No, może za jedną: kobieto, niech zdominuje cię myśl, że mężczyzna w wielu sprawach poradzi sobie lepiej niż ty. Zwiąż sobie ręce, a jemu przekaż kasę!
A o tym, jak wyszło jej to związanie, rozmawiałam z Joanną, dyrektorem oddziału jednego z banków w Polsce, mężatką, matką czwórki dzieci:
Kto u Was trzyma kasę?
Joanna: Finansami domowymi od kilku lat zajmuje się mąż. Ja właściwie, jeśli chodzi o jakiekolwiek płatności (rachunki, raty kredytu itd.), nie mam żadnych obowiązków. To on dokonuje przelewów, płatności i czuwa nad wydatkami domowymi. Oczywiście, gdy chodzi o zakup np. jakiegoś mebla czy sprzętu, konsultujemy to, ale ostatnie słowo ma zawsze mąż i bierze za to odpowiedzialność.
Dlaczego, przecież Ty jako dyrektor banku chyba dobrze sobie radzisz z finansami?
Tak, przez wiele lat to ja się zajmowałam budżetem domowym i pilnowałam, by wszystko było w terminie opłacone. Zmuszała nas do tego sytuacja życiowa. Mężowi w pewnym stopniu odpowiadało, że to ja pilnuję „kasy”, bo to jednak obowiązek… Mężczyźni lubią wygodę. Po kilku latach administrowania budżetem domowym (który w pierwszych latach małżeństwa był bardzo skromny), byłam już tym zmęczona. I w pewnym momencie naszego życia ustaliliśmy, że te obowiązki przejmie mąż. W tej chwili bardzo dobrze sobie radzi, choć na początku trudno było mu się odnaleźć. Zapominał o niektórych rachunkach.
A możesz zdradzić, co to był za moment? Co Was skłoniło do takiej zmiany?
Jak już wspomniałam, zaczęła mi ciążyć ta sytuacja – to po pierwsze. A po drugie, Kościół nam przyszedł z pomocą. Oboje jesteśmy we Wspólnocie Neokatechumenalnej. Finanse domowe to męskie zadanie i męskie obowiązki, gdyż to mężczyzna jest głową rodziny i on jako głowa ma dbać o byt rodziny.
Czy służy Tobie jako żonie i matce takie rozwiązanie?
Bardzo. Jestem zadowolona, gdyż to mnie bardzo odciąża. Mam komfort psychiczny, płynący z tego, że ja się nie muszę o to martwić. Nie pilnuję portfela, tego, ile mamy do końca miesiąca, czy w ogóle mamy i czy wystarczy. Mąż o to dba, a nie ja. W pracy mam do czynienia z finansami, więc w domu od nich odpoczywam.
Nie stresuje Cię ta sytuacja, że mąż zapomni o zapłaceniu jakiegoś rachunku?
Nie, teraz już nie. Czasem, przez naleciałości zawodowe zapytam, ale rzadko się to zdarza. Generalnie nie zajmuję się tym tematem.
A mąż nie narzeka?
Nie, nie. Wręcz przeciwnie, choć na początku trochę się denerwował, bo musiał opanować bankowość internetową, hasła itd.
Możesz powiedzieć, że takie rozwiązanie służy Waszemu małżeństwu?
Tak, zdecydowanie. Mąż zarządzający budżetem domowym to naprawdę świetne rozwiązanie, polecam takie rozwiązanie wszystkim małżeństwom, a w szczególności żonom. Kościół wie, co mówi.
Dziękuję za rozmowę.

przygnebiajaca tendencyjnosc...
Dodaj nową odpowiedź