z cyklu: Rozważania nad metodologią - "Ja nie od czytania..."
I jeszcze jeden artykuł z dzisiejszej”Rz”, tym razem ciut lżejszego kalibru:
Polska w szponach Czukczów
Znane nazwiska, sensacyjna treść, potwierdzenie na papierze i temat budzący emocje – wszystko to jest podane w ostatnich dniach w informacji o tym, że (według dokumentu Stasi) w 1952 r. Kiszczak zwerbował do współpracy Jaruzelskiego. Nie ma tylko jednego: newsa.
Zresztą skąd ma być, skoro o fakcie już w 2005 roku poinformowało “Życie Warszawy”. Potem obszerną publikację na ten sam temat zamieścił tygodnik “Wprost”. W kolejnych miesiącach odwoływały się do tej informacji inne media, komentowali ją historycy, dziennikarze i publicyści.
Minęło pięć lat i news zmartwychwstał: na żółtym pasku telewizji informacyjnej, w portalach internetowych, a nawet jako główna wiadomość na pierwszej stronie ogólnopolskiej gazety. Nagłówki biły po oczach: “sensacyjny dokument”,”niezwykłe odkrycie”.
Co się w tej sprawie zmieniło od 2005 roku? Nic, prócz tego, że dokument przypomniał historyk IPN w najnowszym numerze biuletynu Instytutu.
Jest taki stary sowiecki dowcip o Czukczy (mieszkańcu Czukotki), który dostał literacką Nagrodę Nobla. Dziennikarz dopytuje laureata, co czytał, co go inspirowało. Dostojewski? Gorki? – Ja nie od czytania, ja od pisania! – dumnie odpowiada Czukcza.
Podobnie było z newsem o Kiszczaku i Jaruzelskim. Znali go od lat ci, co czytają. Ci, którzy piszą – niekoniecznie. Sprawę można wyjaśnić na dwa sposoby. Albo w Polsce media wierzą tylko w informacje podane oficjalnie przez IPN (fatalna wiadomość dla kontestatorów biografii Lecha Wałęsy i Ryszarda Kapuścińskiego), albo więcej u nas Czukczów, niż by się zdawało.
Ot, keine grenzen. Ale rzetelność chyba powinna jakieś mieć.

Dodaj nową odpowiedź